Jak pokonać nerwicę - Historia Marka Daniela z Happy Endem

Poznaj historie osób, które skutecznie poradziły sobie z nerwicą, lękiem, zaburzeniami lękowymi, psychosomatami- opowiadając o tym na naszym forum publicznie. POKONAŁEM NERWICĘ!!
Awatar użytkownika
K@MIL
Administrator
Posty: 118
Rejestracja: 29 maja 2020, 22:22
Lokalizacja: Kluczbork
Kontakt:

Jak pokonać nerwicę - Historia Marka Daniela z Happy Endem

Post autor: K@MIL »

Spis treści:

Rozdział 1: Moja historia – zaburzenie lękowe
Rozdział 2: Nawrót, a w zasadzie pierwsza nerwica
Rozdział 3: Wychodzenie na prostą
Rozdział 4: Nerwica i co dalej?

Obrazek

Rozdział 1: Moja historia – zaburzenie lękowe
Jest luty 2016 około godziny 18:00. Wracam samochodem z dzieckiem do domu. Rozmawiamy sobie i świetnie się bawimy. Przed nami przejazd kolejowy i korek. Stoimy.


W pewnym momencie czuje, że odpływam od głowy po nogi. Puls, ciśnienie, słabość i drganie całego ciała. To był atak paniki, ale ja wtedy nie miałem o tym pojęcia. Byłem pewien, że to cukier spadł lub potas. Momentalnie wziąłem od dziecka wszystko, co słodkie miał przy sobie. 7 minut później byliśmy w domu. Nic mi nie przechodziło, a ja czułem, że to koniec. Jadłem kompulsywnie szynkę z czekoladą, popijając na zmianę, herbatą, colą, wodą i kawą.

Po jakiś 20 minutach czułem się na siłach, by jechać do znajomego po glukometr i zmierzyć sobie cukier, bo na pewno mam krytycznie niski). To było irracjonalne działanie, gdyż po takiej dawce jedzenia wszystkiego, nie mogłem mieć niskiego cukru. Pojechałem, niecałe 2 km od domu czuje, że znowu się zaczyna. Jest około godziny 19:00. Zatrzymałem się przed „Biedronką”. Wpadłem tam i powiedziałem ochroniarzowi, aby zadzwonił po karetkę, bo „umieram„.

Ochroniarz był mocno przejęty i bardzo skuteczny, jeżeli chodzi o załatwienie karetki. Ta była jakieś 10 minut później i oczywiście wjechała na sygnale. W karetce porobili mi badania i stwierdzili…że nie ma wskazań do zabrania mnie do szpitala. Powiedziałem im, że mnie nie interesuje, że się nie znają na swojej pracy i jak mówię, że „umieram„, to znaczy, że „umieram” i chce do szpitala i to natychmiast!

Zabrali mnie. W szpitalu dostałem kroplówkę i poleżałem do godziny 23:30. Wszystko było już „dobrze” i mnie wypuścili. Wróciłem do domu, położyłem się spać. Była 1:00 w nocy, ale zanim zasnąłem, ponownie czuję, że zaczyna się to samo.

Wsiadłem w samochód i pojechałem do szpitala z „awanturą„. Zanim tam dotarłem, to pojechałem do apteki nocnej po elektrolity, gdyż byłem pewien, że to ponownie musi być spadek cukru, brak potasu lub może zawał? Saszetki z elektrolitami wymagają rozpuszczenia w wodzie, której oczywiście nie miałem. Wsypałem zawartość bezpośrednio do buzi i pojechałem w dalszą drogę do szpitala z „zawałem” na ramieniu.

Gdy byłem na miejscu (w szpitalu), wyraziłem swoje „niezadowolenie„, że ja umieram, a oni mnie wypuścili 2 godziny temu i teraz ja sam „umierający z zawałem” do nich przyjechałem ponownie – ale tym razem zbyć się nie dam! Dostałem w tyłek hydroksyzynę i mnie położyli na sali z innymi. Tak przeleżałem do rana, praktycznie nie śpiąc nic.

Rankiem następnego dnia, po prostu mnie wypuścili bez słowa, za to z badaniami krwi. Wróciłem do domu. Tego samego dnia przyjechała do mnie lekarka rodzinna (znajoma). Popatrzyła na mnie, na to, co do niej mówię i na wyniki badań krwi i mi powiedziała tak:
– „Dla mnie to wygląda na problem z nerwami„!
– Z CZYM?! Przepraszam? Ja jestem ostoją spokoju!
Powiedziała mi, abym nie opowiadał głupot, tylko jak mnie znów złapie „zawał” to abym wziąć „to” w dawce 0,25 mg i jak pomoże to iść do psychiatry po leki. To coś, co mi przepisała to była benzodiazepina –
Alprazol.

Długo nie musiałem czekać, aż go wypróbuję. Jeszcze tego samego wieczora miałem kolejny atak i wziąłem „benzo„. Poczułem się jak w raju, gdzie króluje spokój i brak „udarów z zawałami…”
Pomyślałem: „Czyli jednak jakieś nerwy„? No dobrze, zadzwonię do psychiatry. Chyba dwa dni później był u mnie psychiatra. Przepisał mi Parogen i kazał brać 10 mg na dobę. Umówiliśmy się, że powtórna wizyta nastąpi za 10 dni. Leżałem sobie i łykałem Parogen, ale z dnia na dzień czułem się gorzej. 8 dnia czułem się tak źle, że mój stan mogę nazwać jednym słowem „warzywo„.

10 dnia nie wziąłem kolejnej dawki, bo nie byłem fizycznie w stanie. Wtedy przybył także psychiatra na umówioną wizytę.
Zapytał:
– Jak się Pan czuje?
– Jak „warzywo” i nie mam zamiaru brać tego czegoś więcej.

Skwitował to, że pewnie nietrafiony lek lub jeszcze nie zadziałał i dał mi inny (jak się potem okazało MIX SSRI/SNRI). Jednocześnie zasugerował, że powinienem pomyśleć o terapii psychologicznej. 11 dnia rano poczułem się znacznie lepiej. Nie brałem już Parogenu od 3 dni, ale powiedziałem sobie, że nie opcji bym zaczął brać SSRI/SNRI, bo nawet nie wiem, co to jest i jak działa.

2 tygodnie później rozpocząłem terapię CBT. W maju 2016 miałem 3 sesję CBT i po nich byłem jak nowo narodzony – zero lęków!

Obrazek

Rozdział 2: Nawrót, a w zasadzie pierwsza nerwica
Jest kwiecień 2017 roku. Stoję w Dehatlonie przy kasie, jest kolejka. Nagle przychodzi atak paniki. Niby go znam i wiem, co to jest, ale lęk się potęguje. Mam ze sobą Alprazol więc czuje się bezpieczniej. Po wyjściu z Dehatlonu natychmiast go zażywam.

Takich ataków miałem w kwietniu jeszcze kilka. Potem kilka w maju. Zaczęły się pierwsze kompulsywne myśli, że to jednak wraca i tak zostanie, że leczenie farmakologicznie mnie nie minie i muszę mieć jakieś niedobory neuroprzekaźników w mózgu.

Mniej więcej w tym samym czasie, przyszły pierwsze mocne psychosomaty. Dokręcałem się nimi i to bardzo. Praktycznie to była hipochondria. Do tego myśli egzystencjalne i nic mnie nie cieszyło.

W czerwcu pojawiła się derealizacja, miesiąc później delikatna depersonalizacja. W sierpniu depresja przed duże „D”. To był komplet.
Czułem się tak, jak po Parogenie. Warzywo. Mój czas upływał na leżeniu i patrzeniu w sufit. Bez emocji, bez lęku, bez nadziei i w poczuciu totalnej bezsilności. Ten okres mną wstrząsnął. Wybór był prosty albo to koniec, albo coś zrobię. Coś innego niż wszystko, co robiłem.

Obrazek

Rozdział 3: Wychodzenie
Pod koniec sierpnia 2017 roku postanowiłem coś zrobić, bo tak być nie może. Kupiłem książkę, kompletnie niezwiązaną z nerwicą. Była związana z depresją i myśleniem. To była „Potęga teraźniejszości” – E. Tholle. W trakcie jej czytania dokonał się pierwszy nerwicowo-depresyjny cud. To mi dało oddech, mogłem dużo swobodniej nie angażować się w kompulsywne myślenie.

Czytałem coraz więcej. Od klasycznych nerwicowych książek po tematy pokrewne. Czytałem opracowania naukowe, coraz bardziej zagłębiając się w procesy biochemiczne w obrębie neuroprzekaźników. Zrozumiałem, czym są leki – jak działają i dlaczego nie działają.

Słuchałem także setki godzin materiałów na Youtube innych ludzi z podobnymi problemami. Jedne były bardzo pomocne, inne idiotyczne.

Mijały tygodnie. Cały czas miałem derealizację i depresję, ale nie było lęku. Depresja spowodowała, że przestałem odczuwać lęk albo był on tak nie istotny, że nawet na niego nie zwracałem uwagi. W stanie depresyjnym lęki to jest najmniejszy problem.

Bardzo dużo słuchałem różnych uspokajających kompozycji na YT i bardzo dużo spałem. Medytacje mieszane ze snem to było z 6 godzin dziennie + 8 godzin normalnego snu w nocy.

W trakcie tego okresu nasycania się wiedzą i zrozumieniem, odkryłem kilka rzeczy.


a), Jeżeli będę się opierał i wypierał, to co czuje (a przecież nie chce tego czuć) to będę w sobie budował napięcie. Przecież napięcia chce się pozbyć, więc nie mogę „nie chcieć„. Nie mogę żądać, bym nie miał nerwicy. Co więc mam zrobić? Muszę po prostu zaakceptować ten stan dla własnego dobra. Akceptacja musi być szczera i bez przygryzania zębów. Myśli mnie oszukują, ale emocji się nie da oszukać. Skoro depresja = przeszłość, a lęki = przyszłość to, gdzie jest spokój? Wszystkie
Książki w szczególności książki Thollego mówiły o jakimś magicznym „tu i teraz„.
b) Było coś jeszcze – Ten sam Tholle mówił także o myślach, jako o produkcie mózgu. Kim jest ten, który myśli? hmm…chwila.
Skoro mózg produkuje myśli, a ja mogę je obserwować z boku, to znaczy, że myśli nie są mną. To, kim ja jestem? Jestem zbiorem tych myśli, uczuć, doświadczeń i przekonań, a to wszystko nazywa się EGO. Czyli JA i moje EGO to dwie różne rzeczy!

No to dobra, postanowiłem obserwować siebie i swoje myśli i się z nimi nie utożsamiać – niech sobie lecą. Zwał? Ok. Udar? Ok. Idziemy się wieszać? ok – no to idźcie (myśli), powodzenia!

c) Podświadomość (emocje) uczy się poprzez doświadczenia – czyli, aby pozbyć się lęków, należy świadomie pokazywać podświadomości działaniem, że tu nie zagrożeń. To wszystko to tylko projekcje mózgu.
d) Puściłem nieświadomie całkowicie kontrolę. Zrozumiałem, że nie mam żadnej kontroli realnej, poza jej poczuciem. Tego nauczyła mnie w pierwszej kolejności sama nerwica. Dobrze mieć poczucie kontroli i zaakceptować jej faktyczny brak. To jeden z filarów wychodzenia z nerwicy.

W ten sposób na początku października, czyli miesiąc po świadomej pracy ze sobą, puściła mnie derealizacja. Nagle. Nawet nie wiem kiedy, zacząłem normalnie widzieć świat. Natręty myślowe jeszcze miałem, ale dużo mniejsze. Mózg się poddawał. Czułem, że niewiele mi brakuje, aby zaprzestał produkowania bezsensowych i katastroficznych myśli. Robiłem wszystko jak zwykle, działając pomimo odczuwanego dyskomfortu, ale nigdy wbrew niemu. Nigdy nie przygryzałem zębów.

W połowie października puściła mnie depresja oraz całkowicie natręty myślowe. Praktycznie w jednej chwili. Nagle. To był pozytywny szok.

W listopadzie puściły w większości wszystkie somaty, a jak wiemy, somaty są napędzane emocjami, a one myślami. Skoro odpuściły myśli, to napięcia i bóle somatyczne nie miały już podstaw, by mnie dalej męczyć.

Postanowiłem, że pomogę innym ludziom, dzieląc się z nimi swoim doświadczeniem. Trafiłem na nerwicowe grupy na Facebooku. Zauważyłem, że wszystkie te grupy to jedno wielkie żalenie się i lamentowanie. Zero konkretów, co najwyżej dezinformacja. Wszędzie królował „zawał i udar”. Co druga osoba umierała. Wszędzie leki i pytania, czy ten jest lepszy od drugiego. To był jakiś matrix! Zdrowe osoby, robiły z siebie ofiary nerwicy, użalając się nieprawdopodobnie nad swoim losem. Napisałem kilka postów, by pomóc tym ludziom, ale ku mojemu zdziwieniu, ludzie zaczęli stwierdzać, że z tego się nie wychodzi, a to wraca. Ludzie zaczęli mnie oceniać swoją miarą – miarą niezrozumienia emocjonalnego samych siebie.

W listopadzie postanowiłem założyć grupę na Facebooku (wejdź), ale inną niż wszystkie. Na tej grupie ustanowiłem zasady. Żadnego użalania się, żadnych „zawałów”, żadnych leków. Czysta praca nad sobą i świadome wychodzenie z nerwicy. Skupiłem się na „ratowaniu” ludzi z innych grup „zawałowo udarowych” na Facebooku.

Tak powstała moja grupa, na którą Cię serdecznie zapraszam. Potem stworzyłem książko-grę, która również jest inna, niż wszystko, co do tej pory było w zakresie nerwicowym.

Obrazek

Rozdział 4: Nerwica i co dalej?
Praca nad sobą. Człowiek po wyjściu z nerwicy potrafi się łapać w momentach, gdzie odzywają się w nim stare schematy i nawyki. Zaczyna widzieć stare błędne schematy poznawcze, które go doprowadziły do nerwicy. Nie sztuką jest nie mieć ataku paniki, ale sztuką jest nie „umierać” gdy się pojawi.

Jednakże dla mnie nerwica to tylko wynik. Przyczyny były w neurotycznym nacechowaniu osobowości. Ja idę dalej, nie zatrzymując się na wyniku. Chce maksymalnie zmienić swoje neurotycznie nacechowane ułomności w takim stopniu, aby lęk nie miał czego u mnie szukać. Już nie ma.

Na koniec chciałem życzyć wszystkim czytającym świadomego wychodzenia z nerwicy, bez leków. Pracujcie nad sobą. Zbudowałem dla Was drogę i ją oznakowałem. Jedyne co musicie zrobić, by się ze mną spotkać, to zrobić pierwszy krok.

Do zobaczenia po drugiej stronie lęku!



//////////////
Dziękujemy Markowi za możliwość udostępnienia!!
Link do jego strony: https://www.wolniodleku.pl?utm_source=n ... gn=organik
Nerwica Lękowa / https://nerwicalekowa.pl /Nerwica nie wraca. To my wracamy do niej!

Wróć do „Historie osób, które pokonały nerwicę lękową”